ONA:

Sandra Bullock to jedna z moich ulubionych aktorek. Kocham jej żart, jej ironię, jej sarkazm. Kocham jej dystans do samej siebie. Uwielbiam to, jakie role wybiera i jak kieruje swoją karierą. Uwielbiam to, że nie robi z życia prywatnego szmaty. Kiedy gra w komediach – bawi mnie jak nikt. Kiedy wybiera dramaty – potrafi mnie wzruszyć. Staram się oglądać każdy z jej filmów, bo one mnie po prostu nie zawodzą. I tak sobie pomyślałam – to film z 2009 roku… W tym roku zagrała w „Wielki Mike”, który przyniósł jej Oscara. W tym roku zagrała w „The Proposal”, który jest jedną z moich ulubionych komedii. W „All About Steve” gra u boku Bradley’a Coopera. Co właściwie może iść nie tak?

Ano może.

Wszystko.

Ten film jest tragiczny i jak to mówi mój 10-letni kumpel Dominik – „Smutno mi”.

Ona – ekscentryczna, gadatliwa, z głową przepełnioną wiedzą, ale taką wiecie – książkową. Na co dzień tworzy krzyżówki i kocha to robić. On – kamerzysta CNN. Rodzice umówili ich na ślepą randkę i chyba nawet wpadli sobie w oko. Wystarczyło kilka minut, by jeszcze w samochodzie pod domem wymieniać płyny ustrojowe. Niestety, nie wszystkie… Ona stwierdziła, że to mężczyzna jej życia, a on – że to jakaś psychiczna wariatka. Na szczęście teraz ma trochę jeżdżenia po kraju, więc pewnie szybko o niej zapomni.

Aaaa guzik. Rozkochana kobieta rusza w podróż za swoim ukochanym, wplątując się w coraz to większe tarapaty.

Oczywiście, dla nas, widzów – to wszystko ma być po prostu zabawne, śmieszne, mamy chichotać, śmiać się do rozpuku, trzymać brzuchy i wycierać łzy, próbując jednocześnie łapać powietrze…

Aaaa guzik! Ten film w ogóle nie jest śmieszny. Sandra gra tu tak irytującą postać, że mniej więcej po 30 minutach marzysz o tym, by zginęła w jakiś makabrycznych i bardzo bolesnych okolicznościach. I najgorsze jest to, że ona bez przerwy jest na ekranie. Kompletnie go wypełnia. Jest kilka w miarę „zabawnych” momentów, więc jakimś cudem można go zakwalifikować do komedii, ale… za mało. Nie można opierać dzieła tylko na irytowaniu widza, bo potem dorwie się on do komputera i napisze, że ta produkcja jest gówniana!

Bo jest! Taki smutek… Tak dobrze miałam się bawić, a nie bawiłam wcale. Męczący, długi, nieśmieszny, drażniący, bez sensowny i doprowadzający do bólu. Zębów, głowy i dupy.

ON:

Wydawałoby się, żę para Bullock/Cooper będą mogli robić na ekranie różne wygibasy, które nie tylko rozśmieszą, ale także zaciekawią widza. Tak też myślałem siadając do seansu „Wszystko o Stevenie”. Jednakże każda kolejna minuta filmu utrzymała mnie w przekonaniu, że mam do czynienia z dziełem nudnym, płytkim i mało zabawnym. Opowieść ta ma może pięć scen, które spowodowały, że parsknąłem. No 100 minutowe dzieło, to chyba za mało.

Bulloczce trzeba przyznać, że inteligentną słodką kretynkę zagrała rewelacyjnie. Tyle, że bycie sierotą nie jest niczym niesamowitym. Każdy z nas może być sierotą, kiedy tylko ma na to ochotę. Ładne ciało i śliczna buzia nie sprzedadzą tej komedii romantycznej. Podobnie jest z Bradley’em Cooperem. Jego słodki pyszczek jest nijaki, za grosz w jego postaci charakteru. Takie kluchy z masłem. Do tej dwójki dochodzi jeszcze osoba Thomasa Hadena Churcha, którego niektórzy mogą znać z serialu „Skrzydła” oraz Ken Jeonga, czyli znanego z „Kac Vegas” pana Chow. Oni także nie dają z siebie nic więcej, poza tym co wymaga od nich scenariusz. A to właśnie ta część filmu pozostawia najwięcej do życzenia. Brak ładu i składu, płytkie, głupie wręcz dialogi i naprawdę mało wciągająca historią stawiają to dzieło na półce obok innych, nędznych komedyjek romantycznych. Pokazuje to, że nawet wielkie nazwiska nie uratują czegoś, czego uratować się nie da. Niech najlepszym dowodem na to będą dwie Złote Maliny, które zawędrowały na konto Sandry i Bradley’a. Jeśli chcecie jakąś komedię romantyczną, to wybierzcie coś innego, bowiem „Wszystko o Stevenie” jest bardzo nijakie.