ON:

Jednego nie można powiedzieć o filmie „Ida”, a mianowicie, że jest brzydki. W tej kategorii muszę przyznać mu nagrodę za najbardziej klimatyczny film ostatnich lat. Nadające pewnej mroczności czarno-białe kadry, nie zawsze są takie oczywiste i potrafią zahipnotyzować. W całym polskim kinie, mało było tak dobrze nakręconych dzieł. I choć sama historia nie jest tą najmocniejszą stroną, to całość broni się w natłoku komerszczyzny przepełnionej Szycem i Adamkiem.

„Ida” ma w sobie bardzo dużo z „Pokłosia”, to kino, które rozprawia się z Polską lat wojennych i powojennych. I choć są tu inne postacie, inne rejony, w których dzieje się opowieść, to znajdziemy pewien schemat. W zabitej dechami mieścinie policja ma zawsze władzę. Wszelkie tajemnice z przeszłości skrzętnie zakopuje się w lesie, razem z ciałami tych, co pamiętają lub mogą pamiętać.

Nim jednak przyjdzie zwiedzić nam rejony, które nie należą do najprzyjemniejszych, zostaną przedstawione nam pionki i figury, które pojawią się w tym dramacie. Pierwszą osobą i w zasadzie główną damą tej opowieści, jest młoda zakonnica Siostra Anna (Agata Trzebuchowska). Jej rodzice zginęli jak byłą dzieckiem, a ona wychowywała się w sierocińcu przy zakonie i stąd też droga życiowa, którą wybrała. Dziewczyna nie składała jeszcze ślubów, ale to już tylko dni dzielą ją on oddania się bogu. Nim do tego dojdzie, musi ona zrobić jeszcze jedną rzecz: odwiedzić jedyną żyjącą krewną, ciotkę – Wandę Gruz (Agata Kulesza). Ciotka jest postacią specyficzną. To kobieta w sile wieku, już nie młoda, ale nadal atrakcyjna i apetyczna. Na co dzień pani sędzina, pamiętająca jeszcze poprzednie poprzednie rządy. Jej praca jednak zabija ją od środka. Kobieta ucieka w alkohol, papierosy i sex. Spotkanie tych dwóch różnych osób ma być kontrastowe, jak kolory kliszy filmowej i po części tak jest. Anna dowiaduje się od ciotki, że jest żydówką i tak naprawdę nazywa się Ida Lebenstein, a jej rodzice zginęli wiele lat temu. Ponieważ nikt nie wie, co się mogło stać, obie kobiety postanawiają pojechać do rodzimej miejscowości i tam poszukać odpowiedzi na wiele otwartych pytań.

Wspólna podróż i spędzenie kilku dni razem pozwalają nam bardziej poznać obie kobiety. Teraz jeszcze bardziej widać kontrast, który miał być podwalinami tego dzieła. Dodatkowo pojawia się drugi wątek, młodego mężczyzny, saksofonisty, który zostaje zabrany „na stopa” w czasie podróży. To on, możliwie, że nawet nieświadomie będzie kusił swoją młodą aparycją, wolną głową i brakiem zmartwień. Kusić będzie nie tylko ciotkę, ale i młodą zakonnicę. Tutaj zostanie złamane sacrum i pojawi się profanum, mające na celu jeszcze większe naładowanie emocjonalne tego dzieła.

Pomimo spokoju, który panuje podczas seansu, widać tutaj wiele emocji, ukrytych elementów, spojrzeń i gestów, powszechnie stosowanych. Jest ich jednak za mało, aby zagotować nam krew, wzburzyć naszego ducha. Trochę szkoda, bo mogłaby to być naprawdę wyjątkowa historia.

ONA:

Do „Idy” podchodziłam chyba ze 3 razy. Aż w końcu stwierdziłam, że muszę obejrzeć ten film, zważywszy, że został on nominowany do Złotego Globu, co nie zdarza się zbyt często, jeśli chodzi o rodzime produkcje. I przyznam szczerze – to naprawdę jest film wyjątkowy. Tak dobry, że w dyskusji na temat polskiej kinematografii obok „Bogów” i „Miasta 44” jest asem z rękawa.

Rzeczywistość powojenna była ciężka. Rozbite domy, rodziny, pocharatani ludzie, którzy – o ile udało im się przeżyć ten chory czas, pałętali się po wsiach, miastach, po całym kraju i nie tylko. Czas wojny był abstrakcyjną paranoją, a to, co po nim zostało, to zgliszcza i  ruiny, nie tylko w postaci zniszczonych, pustych miast, które stały się kolejnymi masowymi grobami i pogorzeliskami, ale to przede wszystkim cmentarz emocjonalny w duszach ludzi. Tam już niewiele zostało, ale żyć trzeba było dalej… Ta opowieść zaczyna się w klasztorze, w którym poznajemy młodą dziewczynę, nowicjuszkę, na kilka dni przed święceniami. Głównodowodząca w zakonie, bo nie mam pojęcia jak fachowo nazywa się to stanowisko, wysyła ją na spotkanie z pewną kobietą, która jest ciotką naszej bohaterki. Nie ma przebacz – panie muszą się spotkać. Żadna ze stron tego nie chce, ale przecież są swoimi jedynymi krewnymi. Jedynymi, które przetrwały wojnę i które nigdy się wcześniej nie spotkały.

Szybka rozmowa z ciotką, Wandą Gruz (Agata Kulesza) sprawia, że dziewczyna nagle zaczyna „istnieć”. Miała rodziców, miała imię, miała pochodzenie. Ida, bo tam ma ona na imię, pochodzi z żydowskiej rodziny. Jej rodzice zginęli w niejasnych okolicznościach. Dziewczyna chce poznać tę historię, chce stanąć w miejscu, w którym pochowano ich zwłoki. A w tej podróży towarzyszy jej ciotka. Wanda jest dość specyficzną kobietą. Zupełnie nie „pasuje” do tamtej epoki. Jest singielką, do tego sędziną, pali, pije, uprawia niezobowiązujący seks, tańczy, słucha głośno muzyki, robi co chce. Ida w pewnym stopniu zaczęła uzupełniać jej życie. Nagle pojawił się ktoś. Delikatna dziewczyna, chowana za murami klasztoru, która zupełnie nie miała pojęcia o niczym. Życie wypełnione było modlitewnym skupieniem, a zamiast zdjęć bliskich miała obrazek z Jezusem. Mam wrażenie, że obie kobiety pojawiły się w swoich życiach w bardzo dobrym momencie. Razem mogły poszukać grobu swoich bliskich, a przy tym pobyć „z kimś” i zaczerpnąć nieco z filozofii życiowej tej drugiej osoby… Wiecie, podczas tej wspólnej „podróży” bohaterek, zaczynamy im kibicować. Wanda odnajduje w sobie pewne wartości, a Ida uczy się czegoś innego, niż tylko pokornego modlenia się do boga.

Czarno-biały film Pawła Pawlikowskiego jest subtelną, cichą opowieścią, która przepełniona jest nieoczywistymi metaforami o ludzkich wyborach, o życiu, o śmierci. Nie ma tu nic zbędnego. Nie ma filmowych paciorków, które przeszkadzają, bo rozpraszają uwagę. Nie ma zbędnej muzyki i innych dźwięków. Jest surowizna. Bez zbędnego efekciarstwa. Są obnażone uczucia, lęki i potrzeby. Są ludzi z wszystkimi swoimi przywarami.