ON

Całkiem niedawno na rynku pojawiła się gra „Just Cause 3”, która to została przyjęta dość ciepło przez krytyków. Mieli oni kilka uwag, między innymi do płynności rozgrywki, ale nie przeszkodziło to im na wystawienie całkiem wysokich ocen. Pewnie niewiele osób pamięta, jak tak naprawdę ta historia się rozpoczęła. Młodzi gracze nie wiedzą, co działo się te 10 lat temu na rynku gier, starsi na pewno ogrywali przygody Rico Rodrigueza. Postanowiłem więc przypomnieć sobie, co działo się na pewnej wyspie te kilka dobrych lat temu.

Żar tropików

Gdzieś po środku oceanu jest wyspa San Esperito. Jej mieszkańcy wiedli sobie spokojny i dostatni żywot. Wszystko miało miejsce do dnia, w którym to niejaki Generał Salvador Mendoza stwierdził, że weźmie wszystkich za mordy i podporządkuje ich pod swoje oczekiwania. Aby było mu łatwiej – ma pod ręką zstępny najemników zwanych armią. Ci kolesie szybko sprzątają tych, którzy chcą się buntować. Pojawia się jednak ruch oporu, który chce walczyć o wolność. O wolność innych lubi walczyć USA, więc niejaka „Agencja”, czytaj CIA, wysyła młodego, latynosko wyglądająco agenta, który ma walczyć w szeregach ruchu oporu. Ma on wsparcie z zewnątrz, a jego „obycie” w terenie pozwala mu na czyny niebywałe. Wszystko to w pokrytym palmami i zlanym słońcem terenie.

My name is gbur, Ricko Gbur

Chociaż opowiadana przez twórców historia nie należy do zbytnio wyszukanej, to może dać nam odrobinę zabawy. Gorzej jest z utożsamianiem się z głównym bohaterem. Tak na prawdę to bawidamek i świnia, koleś zadufany w sobie i nic to nie zmienia. Jego zachowanie opisują czasami pojawiające się filmiki, które pchają fabułę do przodu. Jakoś nie widzę siebie w roli latynoskiego żigolo, może ego i penisa mam za małe.

Piaskownica

„Just Cause” jest typowym sandboxem, który pozwala na dość swobodną eksplorację wyspy i jej terenów przybrzeżnych. Nic nie każe nam wykonywać misji w konkretnej kolejności, oczywiście poza tymi z głównego wątku. Większość misji jest taka sama. Pojedź w miejsce A – zabij wszystkich, ukradnij coś z miejsca B, uratuj kogoś z C. Kalki kolejnych zadań mają umilić popisy akrobatyczne i typowo kaskaderskie wyczyny bohatera. A to możemy skoczyć ze spadochronem z wysokiej góry lub z samolotu, lub przy pomocy linki doczepić się do jadącego samochodu i szybować za pędzącym autem. Trochę tego za mało, na dłuższe zabawy. Takie pitu-pitu, tylko po to, aby zapchać grę. W grze jednak nie jest ważne to wszystko. Głównym celem jest swobodna demolka, a przynajmniej takie są założenia. Wszystkiego bowiem zniszczyć się po prostu nie da. Trochę szkoda. Brak tutaj rozpierduchy znanej z serii „Red faction”.

Przeminęło z wiatrem

Główny wątek możemy ukończyć w 8-10 godzin, do tego dochodzą misje dodatkowe, których trochę tutaj jest. Poza tym pojawią się jeszcze wyścigi i kilka innych rozrywek, ale jeśli nie chcecie wbić wszystkich osiągnięć nie musicie się za nie zabierać. „Just Cause” się zestarzało nie tylko graficznie ale i grywalnie. Gra po prostu nudzi. Denerwuje nas jej powtarzalność, monotonność i liniowość pomimo tego, że to sandbox. 10 lat temu może było to zabawne, teraz po prostu nie jest. Szkoda.