ONA:

Film „Boyhood” mnie zupełnie nie ujął. Nie za bardzo rozumiem wszechogarniający zachwyt nad tą produkcją, bo dla mnie to jest dosyć przeciętny dramato-obyczaj. Na pewno broni go jedno: to w jaki sposób został nagrany, bowiem trwało to blisko 12 lat, ale wszystko inne – bardzo poprawne i zupełnie zwykłe. Nie chcę być jednym z tych głosów, które są anty tylko w imię zasad, bo wszyscy się zachwycają, ale dla mnie to kolejny film z bohaterami, o których zapomnę szybko. 

Masona, Samanthę i ich mamę poznajemy w dosyć istotnym momencie ich życia. I wydawać by się mogło, że od tej chwili wszystko musi być dobre, wszystko się musi poukładać. A tymczasem – guzik. Życie nie jest proste i łatwe, i tak naprawdę czeka na nas nieskończenie wiele gór, na które musimy się wspiąć, każdego dnia. Możemy liczyć na to, że ta trudność, która teraz na nas czeka, jest ponad nasze siły, ale próbujemy, w nadziei, że za nią nie będzie kolejna, jeszcze większa… Naszym głównym bohaterem jest tak naprawdę Mason, a my za pomocą kamery widzimy jego dorastanie, dojrzewanie, zmianę z dzieciaka w młodzieńca, a potem w mężczyznę. Proces ten jest dosyć męczący, bowiem Mason jest postacią skrajnie irytującą. Ja rozumiem, że nie wszyscy muszą być wyjątkowi, ale Mason jest po prostu drażniący. To taka chodząca, życiowa ameba, której wszystko jedno. I nie dam sobie wcisnąć kitu, że współczesne dzieciaki takie są, bo przez ponad 5 lat pracowałam z młodymi i wiem, że potrafią „być”, a nie tylko „funkcjonować”.

Myślę, że gdyby „dzieciaki” w tym filmie były trochę bardziej charakterne, to oglądałoby mi się to dzieło dużo lepiej. Co ciekawe, z dorosłymi jest tu równie ciężko, poza jednym wyjątkiem i nie, nie jest to nagrodzona za tę rolę Patricia Arquette, bo przyznam szczerze – nie rozumiem tego wcale. Okej, coś tam ta postać wnosiła, ale jest strasznie niespójna. Niby twarda babka, ale talent do „problemów” ma wyjątkowy. Trochę mam wrażenie, że nagrodę dostała na odczepne. Za to strasznie podobał mi się Ethan Hawke. Gra tu niepokornego tatusia, który po latach wrócił zza światów i w odróżnieniu do mamuśki – układa sobie życiowy chaos, a nie go pogłębia. Plus wiek dodał mu urody i patrzy się na niego z szeroko otwartymi oczami i drżącą macicą.

„Boyhood” to film intrygujący, ale mnie zachwycił tylko pomysłem. Jest bardzo prosty i ponoć taki miał być. Taki życiowy, namacalny, bo problemy, które tam przedstawiono, należą do grupy, z którą łatwo się identyfikować. Mnie nudził. Można przy nim składać pranie, grać na konsoli, myć gary i gotować obiad, i najpewniej wszystko to uda się zrobić, bo on trwa prawie 3 godziny. Trochę nuda. Przegadana nuda. Rozemocjonowana nuda. I Ethan Hawke. Mniam.

ON:

„Boyhood” spotkał los innych filmów, które wylądowały w taniej serii i zalegają półki w supermarketach. Aby legalnie obejrzeć to dzieło, wystarczy wydać 20 złotych. Z jednej strony, trochę szkoda, bo wsparcie dla twórców jest nijakie, z drugiej trzeba się zastanowić gdzie jest problem. Co jest nie tak, że zgarniający wiele nagród film, jest tak nisko ceniony przez dystrybutora? Obraz Richarda Linklatera, to swoisty eksperyment, który mógł się nie udać. Zdjęcia do filmu trwały prawie 12 lat. Każdego roku on i cała ekipa zbierała się na kilka dni, by dograć kolejne sceny. Wszystko dlatego, że aktorzy mieli się starzeć wraz ze swoimi postaciami. To wyjątkowy zabieg.

O czym jest „Boyhood”? Odpowiedzieć na to pytanie jest bardzo trudno. To przede wszystkim film o życiu. Historia jakich wiele. Mógł ją przeżyć każdy z nas. Może nawet to zrobił. Trwające praktycznie 3 godziny dzieło, jest zlepkiem kolejnych sce,n składających się na etiudę o dorastaniu, zmianach i życiowych wyborach. Pierwsze kadry zapoznają nas z małym Masonem, jego siostrą – Samanthą oraz rodzicami. Ostatnie kadry, które zobaczymy po 163 minutach, będą odległym miejscem wśród skał, gdzie praktycznie dorosły już chłopak będzie rozmawiał o życiu z nowo poznaną koleżanką. Przez te 163 minuty zobaczymy jak zmieni się jego mama, jak z samotnie wychowującej dzieciaki kobiety, staje się niezależną damą. Poznamy jej kolejnych mężczyzn i ich problemy. Zobaczymy jak w całym pierdolniku odnajdują się Sam oraz Mason. Lata mijają, a czas płynie.

Ten film nie jest zły. Problemem jest coś innego, a mianowicie jego nijakość. Mason jest życiową mimozą. Nie wiem czy to problem jego postaci, czy może Ellara Coltrane, który wciela się w tę rolę. Patricia Arquette grająca mamę, to także zagadka. Aktorka otrzymała za swoją kreację Oscara. Czy słusznie? Bardzo wątpię. Jej postać nie miała nic do powiedzenie, a chwilowe zmiany zachowania to za mało, aby oczarować akademię. Teoria Pauliny mówi, że to była ostatnia chwila na nagrodzenie tej aktorki. Myślę, że jest w tym odrobina racji. Raczej wątpię, by pojawiła się w innej, na tyle mocnej pozycji, by zgarnąć statuetkę.

Ciężko przyczepić się do samego warsztatu, ponieważ „Boyhood” jest bardzo poprawny. Kadry, muzyka, gra aktorska – wszystko jest przyzwoite. Nadal jednak uważam, że nie jest to dzieło oscarowe. Brak w całości pewnego pazura, szpona, który nada całości odrobiny „ostrości”. Nie ukrywam, że ja sam miałem trochę problem z seansem. Cały czas czekałem na jakiś przełom, na coś, co kopnie widza w tyłek. Niestety, doszedłem do napisów końcowych, a to coś się nie pojawiło. Szkoda.

Jeśli podczas zakupów w Wasze ręce wpadnie „Boyhood” i będzie na nim widniała cena około 20-30zł, to możecie śmiało kupować go do swojej kolekcji. Pomimo tych wszystkich braków i nijakości, to nadal dzieło wybijające się ponad przeciętność. Nawet jeśli głównym powodem wybicia jest długość pracy nad całym obrazem.