Neil de Grasse Tyson – Astrofizyka dla zabieganych – recenzja

Neil de Grasse Tyson - Astrofizyka dla zabieganych - recenzja1

Pociąg. Dość wczesna pora. Niby wcale nie ma wielu osób, a jednak ktoś wykupił miejscówkę obok i usilnie próbuje mnie namówić na small talk. Nie jestem w tym dobra. Ba, jestem w tym tragiczna i nigdy nie mam pomysłów jak nawijać tematy, by było o czym gadać. Słuchawek zapomniałam. To znaczy inaczej: nie zapomniałam, tylko nie wzięłam takiego pizdnika pomiędzy końcówką słuchawek a wejściem do telefonu. Kocham Cię, Apple za to.

Neil de Grasse Tyson – Astrofizyka dla zabieganych – recenzja

Zostaje mi książka. Ale jaka! „Astrofizyka dla zabieganych”. W sumie wszystko się zgadza: jestem zabiegana i od kilku lat zdecydowanie częściej patrzę w gwiazdy, próbując – na ogół nieudolnie – znaleźć coś, co potrafię nazwać. Wielka Niedźwiedzica i Wega – to potrafię bez problemu!

Neil de Grasse Tyson stworzył niezbyt wielką książkę, w której przy pomocy prostych słów, prostych porównań i analogii podaje nam gigantyczną wiedzę fizyczną i teraz naprawdę trudno nie przyznać, że to wszystko ma sens. Plus książka w niektórych momentach jest przezabawna!

Absolutnie ujął mnie język i sposób podania tak ciężkiej teorii. Totalnie rozumiem, dlaczego „Astrofizyka dla zabieganych” to totalny bestseller, a sam autor stał się popkulturowym bogiem fizyki. Ja to szanuję, nie mam nic przeciwko. Mam wrażenie, że to jeden z najbardziej niezawodnych sposobów, by przekazywać ludziom, którzy nie mają po drodze z nauką ścisłą, że można, że wręcz trzeba uczyć się i poznawać, ale istnieje możliwość, by zrobić to lekko i przyjemnie.

Gdy pisał, że gdyby nie gigantyczna asteroida, która w nas strzeliła bardzo dawno temu, to bylibyśmy jedynie zakąskami od dinozaurów, to parsknęłam śmiechem na pół przedziału, udając później, że to z pewnością ktoś inny. Ja? Ja bym w życiu!

Dawno nie czytałam czegoś tak konkretnego, wciągającego i fantastycznego zarazem. A to przecież książka o kosmosie! O fizyce! O tej samej fizyce, której tak bardzo nie znosiłam przez cały okres edukacji.

Zatem potrzebowałam skończyć prawie 32 lata, by odkryć tę dziedzinę raz jeszcze.

Książka, z racji swojej lekkości (w tym także gabarytów), jest idealna w trakcie podróży. Odcina od świata!

Tagi: Neil de Grasse Tyson – Astrofizyka dla zabieganych – recenzja, książki recenzja, recenzje książek, marudzenie, blog popkulturowy, blog marudzenie, blog recenzencki
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Autor: Marudy

Podziel się postem
468 ad
  • Trudno się pisze o współczesnej nauce w sposób zapewniający dotarcie do szerszej grupy odbiorców. Dlatego takie książki to prawdziwe perełki – akurat tej nie czytałem (na pewno po nią sięgnę!), ale za to bardzo podobała mi się „Krótka historia czasu”, a także „Samolubny gen”.

    P.S. Apple? Fuj!