ONA:
Meryl Streep to mój aktorski numer jeden. Filmy z jej udziałem przyjmuję bezkrytycznie – uwielbiam wszystkie, super często do nich wracam. Wzrusza mnie i bawi. Jest przepiękna, wybiera niebanalne role i zawsze wchodzi w nie z takim rozmachem, że zastanawiam się czy to możliwe, że ona tylko gra.
Niestety, film, który dziś opiszę, okazał się dość marny. Oczywiście to nie jej wina, ona była jedynym plusem tej produkcji, tylko niestety – wielki talent zderzył się z dość marną materią.
Ricki (M. Streep) to rockmanka z krwi i kości. Mocny makijaż, skóra na dupie, tony biżuterii i gitara. Dopełnieniem jest głos – jak żyleta. Jest charyzmatyczna, charakterna, ale życie rodzinne to jej za bardzo nie wyszło. Eks-mąż i jego nowa żona zajęli się dziećmi, a Ricki jeździła sobie w trasy, śpiewała do publiczności i wszyscy byli super szczęśliwi. Niestety, gromadzone przez lata niesnaski niedługo znajdą ujście, bowiem Ricki wraca na łono rodziny. Dlaczego? Jej córka się rozwodzi i bardzo źle to znosi. Mama by się przydała…
Wczoraj opisywany przez nas „Idol” okazał się świetną produkcją: cieplutką, zabawną, nawet dającą do myślenia. Tymczasem „Nigdy nie jest za późno” to po prostu obyczaj, który sprzedaje się jako „komedię”. Nie ma tu za dużo śmiesznych momentów, za to goryczy jest sporo. Wszyscy mają do wszystkich pretensje – to jest korzeń tego dzieła. No umówmy się – oglądanie takich produkcji nie jest przyjemne, nawet, gdy gra w nich Meryl, nawet gdy śpiewa, gra na gitarze i partneruje jej Rick Springfield. Streep jest motorem całego filmu. Tylko ona zasługuje tu na uwagę i mimo tego, że wiadro wymiocin ląduje na niej regularnie, bo przecież była wyrodną matką, to jest najbardziej pogodnym elementem. Stara się, walczy, broni. Reszta bohaterów drażni, a Mamie Gummer, w roli świeżo rozwiedzionej córki, doprowadza do szału.
Straszny zawód. Nie pomyślałabym, że Meryl zdecyduje się na tak marny film, ale myślę, że ona po prostu miała ochotę pośpiewać i wyszło jej to świetnie. Ale Meryl – było trzeba nagrać „Mamma Mia! 2” czy coś. No niestety „Nigdy nie jest za późno” okazał się filmem marnym, bo nudnym i bez fabuły.
ON:
„Nigdy nie jest za późno” to kolejna po „Idolu” opowieść o gwieździe muzyki, która chce poukładać sobie swoje „przegrane” życie. Jednak historia Ricki jest zupełnie inna, niż ta, którą opisywaliśmy wczoraj. “Danny Collins” był filmem obyczajowym, ale nie brakowało w nim elementów komediowych, ciepłych scen, które rozczulały. W „Nigdy nie jest za późno” nie ma tego wszystkiego. To dramat z krwi i kości, na dodatek przeciętnie zagrany i z bardzo przeciętnym scenariuszem.
Myślę, że poza Meryl Streep, która jak zwykle gra bardzo dobrze, nie ma w tym filmie nikogo, naprawdę nikogo, kto w jakiś sposób przekonał mnie do „prawdziwości tejże opowieści”. Rick Springfield wcielający się w postać Grega wie chyba najlepiej, jak wygląda życie rock’n’rollowca, ale nawet on z racji swojego spokojnego koncertowania, raczej nie może powiedzieć za wiele o tym, jak wygląda życie odtrąconego przez rodzinę muzyka. Sam podczas akcji promocyjnej filmu wielokrotnie powtarzał, że on nigdy nie miał problemów z bliskimi. Wyruszał w trasę, ale zawsze starał się być blisko nich. Meryl Streep ratuje to wszystko. W tym filmie gra na gitarze, śpiewa, wygłupia się i tańczy, gdy trzeba płacze, kiemu musi kłóci się z najbliższymi, ale to tyle. Gdy popatrzymy na resztę obsady zaczynamy widzieć braki. Mamie Gummer grająca Julie – córkę gwiazdy, jest tak nijaka, że zastanawiam się, czy można było wybrać gorszą aktorkę do tej roli. Reszta obsady po prostu przemyka przez ekran, nawet o nich nie myślimy. Po prostu pojawiają się i znikają. Szkoda.
„Nigdy nie jest za późno” jest bardzo przeciętne, tak bardzo, że nawet świetna Meryl Streep nie uratuje tego dzieła. Szkoda, bowiem „Idol” pokazał, że obyczajowe historie o muzykach mogą być naprawdę dobre.
