Jeszcze całkiem niedawno kończyłem Thiefa, a teraz wreszcie zabrałem się za „Dishonored”, gdyż kupka wstydu, jaką posiadam, jest bardzo duża. W międzyczasie przyszło mi pograć w „Styx: Master of Shadows”, który opowiadał o przygodach goblina złodzieja. Jeśli ktoś wcześniej grał w „Of Orcs and Men”, to postać Styxa nie będzie mu obca, a jeśli nie, to i bez tej wiedzy ukończenie najnowszej gry o przygodach zielonoskórego rabusia przyniesie bardzo dużo radości.
Styx: Shards of Darkness – recenzja
Przygoda jakich wiele? Nie do końca
Zacznijmy od tego, że pierwsza część, która pojawiła się 2,5 roku temu, została bardzo ciepło przyjęta przez graczy. Zarzucano grze pewne niedociągnięcia i problemy z rozgrywką, ale całościowo przygody Styxa broniły się dość dobrze. Na tyle dobrze, że na Metacritic gra ma mocną siódemkę. Wydana całkiem niedawno kontynuacja wnosi trochę nowości i poprawek, nie zmienia zaś samej rozgrywki. Znów mamy do czynienia ze skradanką, która nagradza nas za jak najcichsze ukończenie gry. Tym razem twórcy nie zdecydowali się na zabieg z amnezją. O wydarzeniach z poprzedniej części już prawie zapomniano, no może nie całkiem, postać goblina stała się bowiem dość popularna w przestępczym świecie. Co się dziwić, chłopak zna się na swoim fachu.

Minęło 20 lat. Złodziej zamieszkuje sobie Thoben, miasto, w którym tacy jak on mają się dobrze. Ponieważ bohater jest swoistą legendą, otrzymuje zlecenie, które wymaga od niego wyprawy do siedziby mrocznych elfów. Tam podobno ma się odbyć spotkanie, które może wpłynąć na życie goblinów i orków. Wszystko oczywiście zaczyna się niewinnie, a kończy niezłym pierdolnięciem. Szkoda zdradzać więcej informacji, gdyż opowieść jest naprawdę świetnie uszyta i bije na głowę te z wielu słynnych, wysokobudżetowych produkcji.
Mały, wredny, zielony
Styx to specyficzna postać, którą – pomimo aparycji oraz języka – da się lubić. To nie jest bajka dla grzecznych dzieci, z ust zieleńca padają bowiem często bluzgi i bardzo niemiłe stwierdzenia. Komentarze, które pojawiają się w grze, nawiązują nie tylko do wydarzeń związanych z fabułą, ale także do popkultury i znanych produkcji, w tym filmowych. Warto więc skupić się na wypowiedziach złodzieja, ponieważ ten ma naprawdę wiele do powiedzenia. No i oczywiście jest coś, co dla mnie staje się swoistym majstersztykiem. Mowa o przełamaniu tej bariery, granicy, która jest pomiędzy bohaterem a graczem. Styx wielokrotnie zwraca się bezpośrednio do nas. Gdy nie uda nam się gdzieś doskoczyć, gdy postać zginie wpadając w przepaść, to jeszcze przed upadkiem zdoła do nas krzyknąć soczyste „Fuck You!”. To nie koniec. Podczas ekranu ładowania po wspomnianej śmierci zaznacza, że gra nie ma osiągnięć za sterowanie padem przy pomocy nóg, lub że istnieje coś takiego jak grawitacja. Lubię takie rzeczy.

Nowości i poprawki
Sequel daje nam dużo więcej możliwości i zabawy, niż to było w części pierwszej. Przede wszystkim doszła możliwość craftingu przedmiotów. Możemy dzięki temu stworzyć mikstury, wytrychy, bomby, pułapki, strzałki i wiele, wiele innych. W naszym ekwipunku pojawiają się także jaja i kwas. Pierwszymi odwracamy uwagę, a drugi pozwala po sobie posprzątać, czyli sprawić, że trupy „znikną”. Podczas kolejnych misji mamy możliwość pozyskiwania elementów stroju, które rozwijają umiejętności naszego bohatera. To następny drobiazg, który sprawia, że cały czas mamy tutaj coś nowego.
Twórcy poprawili mechanikę gry. Przede wszystkim animacje postaci są bardziej dopracowane, a skoki i przeskoki nie muszą być wymierzone co do milimetra. Poza tym walka z przeciwnikami wydaje mi się ciut łatwiejsza, chociaż – jak w poprzedniej części – trzeba wziąć pod uwagę jedno. Gdzie wrogów kupa i Herkules dupa. Pamiętajcie: to skradanka, a nie nawalanka.
Wiele poziomów do góry i wiele w dół
To, w jaki sposób stworzone zostały mapy, zakrawa na nagrodę. Świetnie przygotowane lokacje, które często składają się z wielu poziomów, przejść i elementów pozwalających nam się ukryć, to coś, czego było trzeba. To samo zadanie można wykonać na kilka sposobów, ponieważ nikt nie wymusza na nas drogi, którą musimy dotrzeć do celu. Co za tym idzie, raz pozwoliłem sobie lekko zarushować, co skończyło się tragicznie, ale za kolejnym razem przemknąłem nad głowami strażników i nawet nie za bardzo wiedzieli, co się stało. Ten element został dopracowany idealnie.

Co-op? Tak jest!
Na koniec jeszcze warto wspomnieć o trybie kooperacyjnym, który pojawia się w grze. Tryb fabularny można przejść z kumplem, grając online. Wtedy doświadczenie oraz łupy są dzielone pomiędzy obu bohaterów. Poza tym warto zauważyć, że w wielu miejscach gra wymaga od nas naprawdę wyjątkowego zgrania, więc bez słuchawek się nie obejdzie.
„Styx: Shards of Darkness” nie jest zaskoczeniem, to dobrze poprowadzona kontynuacja świetnej gry, która bije na głowę niejedną bardzo wysokobudżetową produkcję. Dla miłośników skradania, wykradania i ogłuszania, jest to pozycja obowiązkowa. Naprawdę warto.

