ONA:

Mamy szczęście, że żyjemy w tych czasach. W czasach, w których co prawda ciągle gdzieś są ludzie, którzy zapowietrzają się, gdy widzą dwie całujące się dziewczyny lub dwóch facetów, którzy idą przez miasto za ręce, ale coraz bardziej ta „dziwność” staje się „normalnością”.

Horyzonty rozszerzają się, gdy „problem” (dla mnie to żaden problem, ale załóżmy, że to dobra nazwa) przestaje być jedynie newsem z telewizji, bo kolejne państwo „zalegalizowało” homo związki, że jakaś tam osoba znana ze szklanego pudełka zmieniła płeć.

A potem się okazuje, że Twoja bliska znajoma przyprowadziła na imprezę swoją miłość i ona ma na imię Marysia. Albo że ktoś inny, po latach męczenia się i duszenia w związku, przeprosił i wyszedł z niego, bo zakochał się w jakimś Jacku. Albo Twój przystojny kolega po długoletniej batalii sądowej i lekarskiej zmienił na fejsie imię z męskiego na żeńskie. Spoko, mnie to nie boli. Mam nadzieje, że będzie szczęśliwy. Szczęśliwa.

Wiek, płeć, orientacja seksualna. Religia? Narodowość? To wszystko tak bzdurne elementy, że absolutnie nie zaprzątam sobie nimi głowy. Ochrzciłeś dziecko? Spoko. Ale to, że pan w sukience polał mu głowę wodą nie sprawi, że będzie dobrym człowiekiem. Ja wartości widzę w czymś zupełnie innym. Szczęście nie ma płci. Nie ma religii. Nie ma narodowości i orientacji. Nie ma płci. Tak samo dobro. To, że pomożesz staruszce przejść przez ulicę. To, że podniesiesz papierek. To, że zapłacisz podatek. To, że przestrzegasz prawa. To nie ma żadnej z bzdurnych wartości.

„Dziewczynę z portretu” oglądałam ciesząc się z tego, że ja nigdy nie musiałam męczyć się sama ze sobą, bo urodziłam się inaczej, niż czuję. Jestem kobietą. Czuję się kobietą. Mam ciało kobiety, mam kobiece gonady. Super.

Tymczasem Einar Wegner (Eddie Redmayne) przez dłuższy czas swojego życia żył jako mężczyzna. Kilka wydarzeń sprawiło, że oddał głos swojej „żeńskiej” stronie. Tej, która lubi pończochy, sukienki, która uczy się malować usta i kreski na powiekach. Tej, która coraz bardziej zaczynała domagać się uwagi. Tej, która pokazała mu zupełnie inne życie.

Problem transseksualności to rzecz, która jeszcze długo będzie doprowadzała wiele osób do zapowietrzenia. No stary, urodziłeś się chłopcem, masz penisa, masz być mężem i ojcem. A to, że wewnętrznie czujesz się kobietą? I kim jeszcze? Jednorożcem?

No właśnie. Psychika vs. fizyczność. Zła powłoka cielesna, w której musi męczyć się coś, co nie pasuje.

Może przykład, który przytoczę, będzie durny, ale spoko. Caitlyn Jenner stała się kobietą mając 64 lata. Ale udało się. Wyszła z własnej skorupy. Na jej przykładzie można mówić o trensseksualności. Jak to? Lekkoatleta? Mąż? Ojciec? A teraz nagle kobieta? Nie, nie nagle. Od zawsze.

„Dziewczyna z portretu” to film bardzo dobry i mądry. Świetnie zagrany i dotykający bardzo ważnych tematów. Żadne odstępstwa. Sama natura. Natura, która płata figle. Biologia, która nie zawsze jest tak idealna.

ON:

„Dziewczyna z portretu” biegnie po Oscara i to po statuetkę, za rolę pierwszoplanową. Biedny Leonardo DiCaprio będzie musiał obejść się smakiem po raz kolejny, bowiem Eddie Redmayne zagrał swoją rolę w sposób perfekcyjny i żadne stękania oraz jękania Leosia nic nie pomogą.

Sama historią przedstawiona w filmie nie należy do najłatwiejszych i nawet we współczesnym, dość tolerancyjnym społeczeństwie, może być powodem do dziwnych wypowiedzi i zachowań. Jak bowiem patrzeć na mężczyznę, który zmienia płeć is taje się kobietą? Niestety, ludzie lubują się w ocenianiu innych i sprzątaniu ich podwórek. Zawieszony pomiędzy byciem kobietą a mężczyzną bohater grany przez Redmayne’a pokazuje w sposób dosadny, że ciało i umysł nie zawsze muszą iść ze sobą w parze. Seksualność to nie tylko to, jak się zachowujemy, co mówimy i jak wyglądamy, to także coś, co siedzi w naszej głowie, na co często nie mamy wpływu.

Sam film nie jest wyjątkowy pod względem swojego „wyglądu”. Jest nagrany i zagrany bardzo poprawnie, chociaż dwie postacie są na tyle szczególne, że aktorzy je grający zostali nominowani do złotej statuetki. Mowa tu o wspomnianym już Eddiem oraz o Alicii Vikander, grającej Gerdę Wegener. To dość hermetyczna opowieść, którą ciężko się ogląda, szczególnie osobie, która zna problemu transseksualizmu.