ONA:

Mam taką swoją prywatną listę aktorów (i aktorek też), których uwielbiam. Niekoniecznie muszą oni być na jakimś absolutnie wysokim poziomie, ale po prostu lubię filmy z nimi. Lubię, gdy wchodzą w kolejne role, gdy zaskakują mnie, bawią, wzruszają. Łatwo rozpoznać, których cenię bardziej niż innych, bo ich filmów jest na tym blogu znacznie więcej niż innych. I kiedy to piszę jest mi po prostu smutno, że jeden z nich już nigdy nie zagra w żadnej nowej produkcji. Spokojną noc kilka dni temu zaburzyła informacja, którą przeczytałam na Twitterze, że Robin Williams nie żyje. Nerwowo przekopywałam wszelkie możliwe źródła, bo przecież TMZ na ogół rozpisuje się o problemach Kardashianek i ciążach Beckhamów, a jednak – nie mylili się. To nie była plotka. To była tragiczna wiadomość, która spadła na fanów, tych największych i na tysiące innych osób. A kiedy media zaczęły wrzucać informacje, że Williams popełnił samobójstwo, tragizm został jeszcze bardziej spotęgowany. Odszedł człowiek, który od lat nas bawił. Aktor, komik, kabareciarz. Z miejsca wymieniamy jego główne role. Był babcią, był Piotrusiem Panem, był chłopcem z dżungli. Był radiowcem w Wietnamie, był profesorem, który umiał poderwać swoich uczniów. Po ukochaną zszedł do samego piekła. Jego popisowy stand up z viagrą i powstaniem ludzkich intymnych partii ciała były mistrzowskim popisem i dowodem na to, że potrafił on jak nikt bawić innych. Potrafił. Nie mogę uwierzyć w to, że nie użyłam słowa „potrafi”. Ku pamięci Wielkiego Robina Williamsa – dedykujemy mu ten tydzień na Marudzeniu, przypominając jego najlepsze, najważniejsze filmy. Ale nie zapomnijcie również o tych (1, 2, 3, 4, 5, 6).

Żeby przełamać smutek, zaczęliśmy od „Pani Doubtfire”. Niby to komedia, ale jest w niej sporo goryczy. Oczywiście skończyło się na szlochaniu w rękaw, ale to było do przewidzenia. Daniel Hillard (R. Williams) jest aktorem, ale takim „typowym”, czyli częściej nie ma pracy, niż ma. Niewątpliwie jest on człowiekiem utalentowanym, spontanicznym, świetnie ripostującym otaczającą rzeczywistość, ale w ciele dorosłego człowieka jest dusza dziecka. Kiedy samemu ma się dzieci – wypadałoby chociaż odrobinę spoważnieć. Tego zdania jest też jego żona – Miranda (Sally Field), która orze w pracy, by zapewnić rodzinie byt, podczas gdy małżonek jest od zabawy. Ona jest tym surowym i wymagającym rodzicem, on – tym od dokazywania. I pewnego dnia Miranda nie wytrzymuje. Wyrzyguje na ślubnego całą frustrację i złość, oznajmiając, że ma dość i chce rozwodu. Koniec, kropka. Dzieci i Daniel są załamani, ale taka jest decyzja. Z kolei sąd przyznaje matce pełną opiekę, bo Daniel nie ma ani stałej pracy, ani mieszkania… Ze swoimi pociechami może widywać się raz w tygodniu, no i ma nadzór kuratorki, która ma za zadanie ocenić jego „postępy życiowe”. Nie mija wiele czasu i Daniel dowiaduje się, że jego ex-żona poszukuje gosposi. Oczywiście z miejsca oferuje swoją pomoc, ale ona się nie zgadza. Co zatem mu zostaje? Ano przy użyciu ekscentrycznego brata i jego partnera, którzy zajmują się charakteryzacją, a także za pomocą gipsu, sylikonu, sztucznego ciała i makijażu, Daniel zmienia się w stateczną panią Euphegenię Doubtfire. Kiedy ciepła babcia, wprost stworzona do wychowywania dzieci i opiekowania się domem, pojawia się w domu Mirandy, kobieta jest zachwycona. Z miejsca ją zatrudnia… Dom jest posprzątany, dzieci zadbane i przygotowane do szkoły, obiad podany. Miranda kwitnie. Jest szczęśliwa. Dzieci są szczęśliwe. Nawet Daniel staje na nogi. Chociaż podobno mieszka u niego jakaś starsza pani, podająca się za jego przyrodnią, dużo starszą siostrę…

Tak. „Pani Doubtfire” to jedna z tych komedii, która nawet za 20 lat nie straci swojego wigoru. Ta historia jest taka, jaka powinna być. Ma genialną fabułę, która bawi, ale i daje do myślenia. Jest świetnie zdynamizowana, a muzyka to potęguje (no sorry, ale kawałek Aeorsmith pasuje tu jak ulał). Jest też świetnie zagrana – nie tylko przez dorosłych, ale i dzieci. Sally Field jest tu nieco sfrustrowanym rozsądkiem, który z biegiem czasu rozkwita. Harvey Fierstein i jego filmowy partner od lat doprowadzają mnie do płaczu ze śmiechu. Scena, w której Williams przychodzi do nich z tekstem „Zróbcie ze mnie kobietę”, a potem latają peruki i sylikonowe nosy – to dla mnie klasyk jeśli chodzi o najlepsze komediowe momenty. A Williams? Williams stanął na wysokości zadania – nie po raz pierwszy. On w tym filmie pokazał jakie są jego aktorskie umiejętności, bo przecież grał aktora. Nawet wcielenie się w rolę hot doga wyszło mu rewelacyjnie… Eh. I znowu mi smutno…

Myślę, że dla wielu z nas Robin Williams będzie na zawsze panią Doubtfire – żywiołową babcią, a tak naprawdę ojcem, który ponad wszystko kocha swoje dzieci i zrobi dla nich wszystko.

ON:

Kilka dni temu świat obiegła straszna nowina: aktor Robin Williams zmarł, popełniając prawdopodobnie samobójstwo. Jeden z lepszych komików tej dekady miał depresję i  nie potrafił poradzić sobie z życiem. To wielka strata dla kinematografii, bowiem rzadko zdarza się aktor z takim potencjałem. Postanowiliśmy uczcić jego osobę tygodniem z jego filmami. Dziś dzień pierwszy i „Pani Doubtfire”.

Ten nakręcony w 1993 roku film to jeden z najbardziej znanych w dorobku aktora. Między innymi przez to, że Robin przez 3/4 dzieła przebrany jest za starszą, miłą panią. Daniel Hillard to ojciec trójki dzieci i mąż zabieganej projektantki. Jego problemem jest to, że jest lekkoduchem. Swoje dzieci kocha najbardziej na świecie, są dla niego sensem życia, tylko, że czasem się po prostu zapomina. Zapomina o granicach pomiędzy zabawą a obowiązkami i przez to doprowadza do sytuacji kryzysowych. Nie są one niebezpieczne, ale potrafią wyprowadzić z równowagi. Po kolejnej wpadce Daniela jego żona mówi: „dość” i chce rozwodu. Zaczyna się rajd przez osobiste piekło.

Wszystko dlatego, że Miranda lekko zapomniała się o co tak naprawdę chodzi w związku. Dość szybko zaczęła spotykać się z bogatym i sławnym inwestorem, który wydaje się być idealnym kandydatem na nowego męża. W czasie gdy Daniel jest na cenzurowanym, które trwa 90 dni, musi znaleźć mieszkanie oraz pracę. Mężczyzna jest zdesperowany i zależy mu na odzyskaniu rodziny, więc robi wszystko, aby się udało. Dość szybko znajduje zatrudnienie i spokojny mieszkanko do życia. Raz na tydzień ma też prawo spotykać się z dziećmi. To właśnie te pojedyncze widzenia są dla niego największą karą. Dnia pewnego nadarza się okazja, aby to zmienić – Miranda bowiem poszukuje gosposi, Daniel wpada więc na szalony pomysł. Najpierw korzysta ze swojej umiejętności naśladowania głosów i wielokrotnie dzwoni do żony w sprawie ogłoszenia. Podając się za różnych świrów urabia ją, by na końcu zaatakować jako pochodząca z Anglii gosposia – Pani Doubtfire. Starsza, elegancka kobieta szybko podbija serca całej rodzinki, ale nie trzeba czekać długo, by pojawiły się kolejne problemy.

“Pani Doubtfire” to już klasyk, opowieść o dążeniu do celu i ogromnej miłości ojca do dzieci. To także historia o zmianach i urazach, które mogą spowodować wiele złego w życiu każdej rodziny. Polecam każdemu, bo to bardzo dobre kino familijne.