ONA:
Nadziałam się ostatnio na „Cast Away”, na którego zerkałam będąc u rodziców. Damn, jak ja uwielbiam ten film! Ale o tym dziele już pisaliśmy, trzeba wziąć się za coś innego. Z wielu powodów mogłabym porównywać film o rozbitku z „Terminalem”. Ten sam główny aktor, metaforyczne spojrzenie na bohatera, podobny gatunek – ciepła, lekko zabarwiona obyczajem komedia, z drugim dnem. Także naturalne wydawało mi się, by przypomnieć sobie film Spilberga, z genialnym Tomem Hanksem w roli bezpaństwowca, który utknął na nowojorskim lotnisku.
Viktor Navorski przyleciał do Dużego Jabłka ze starą walizką i z puszką. Co w niej trzymał? Obietnicę i jazz. Ale o tym dowiecie się później. Niestety, gdy już wylądował na amerykańskiej ziemi i był o krok od spełnienia swojego celu, wydarzyła się tragedia. W Karkozji, państwie, w którym mieszkał, nastąpił zamach stanu. Pucz polityczny sprawił, że jego paszport przestał być ważny w Stanach. Nie mogli go ani wpuścić, ani wypuścić. Nie był ani uchodźcą, ani imigrantem. Stał się luką w przepisach prawnych. Na kilka miesięcy to lotnisko stało się jego domem. Tu żył, jadł, spał. Szybko zaprzyjaźnił się z pracownikami. Poznał nawet uroczą stewardessę. Tylko jednej osobie przeszkadzał. Frank Dixon, który zarządzał lotniskiem, za wszelką cenę chciał się go pozbyć, najlepiej „przekazując” problem do innych służb. Żeby tylko podwinęła mu się noga! Ale pokorny Navorski czekał na dobre wieści z ojczyzny, które pozwolą mu spełnić obietnicę z puszki…
Rozkoszny jest ten film. Jest ciepły, uroczy i moim zdaniem nie ma wad. Tu wszystko perfekcyjnie gra: jest świetna historia, taka dająca do myślenia, która jednocześnie wzrusza i buduje, są rewelacyjni aktorzy, na czele z Hanksem, z Catherine Zeta-Jones i Staley’em Tucci. Jest tu bardzo fajnie dobrana muzyka Johna Williamsa i genialne zdjęcia Janusza Kamińskiego. Dla mnie to dzieło typu „plaster” – idealny wybór po ciężkim dniu, z natłokiem myśli. Mimo tego trochę się o tej produkcji zapomina. Jak pada hasło „Hanks” to mamy „Forresta Gumpa”, „Apollo 13”, ewentualnie „Zieloną milę” czy wspomniane już wcześniej „Cast Away”. Spielberg to z kolei ten od dinozaurów (1, 2), Indiany Jonesa i „Listy Schindlera”. Tymczasem obu połączyło to fenomenalne dzieło.
Mam tylko jeden zarzut. Tucci, którego kocham miłością absolutną, psuje mi swój wyidealizowany wizerunek, bowiem tu gra niezłego kutasa. A ja go wolę jako Paula Childa i Nigela z „Diabeł ubiera się u Prady”.
ON:
Czy zdarzyło się Wam znaleźć w sytuacji bez wyjścia? W miejscu, którego nie możecie opuścić i które staje się Waszym drugim domem? Nie? Mi też, ale coś takiego przytrafiło się Viktorowi Navorskiemu, turyście z Europy Wschodniej, a dokładniej z niejakiej Krakozji.
Krakozja to fikcyjne państwo za naszą wschodnią granicą. Podczas gry bohater filmu podróżował do Nowego Jorku, jego kraj anulował wszystkie paszporty. Stało się tak dlatego, że małym państwie nastąpił przewrót. Gdy Victor dotarł do odprawy celnej, miał ze sobą dwie torby i dziwną puszkę po kawie, której zawartości nikt nie znał. W tym miejscu okazało się, że jego kraj zaczyna się sypać.
Znajomość języka angielskiego, jaką posiadał Navorski, pozwoliła mu na bardzo podstawowe zrozumienie tego, co się stało. Naczelnik lotniska, niejaki Frank Dixon, nie chciał brać na siebie odpowiedzialności przepuszczenia go do USA. Nakazał mu więc oczekiwanie na dalsze kroki w terminalu lotniska. Tak oto Viktor Navorski stał się mieszkańcem tego miejsca.
Początki były dla niego trudne. Po pierwsze mało rozumiał, po drugie był trochę jak zagubione we mgle dziecko, po trzecie nie wszystko do końca mu wychodziło. Już na początku Victor zgubił swoje kupony obiadowe i zaczął podjadać krakersy. Całe szczęście wyczaił, że oddanie na stanowisko wózka bagażowego nagradzane jest 25 centami. W ten sposób zaczął „zarabiać na życie”. Nocował w zamkniętej części lotniska, w której w tej chwili przeprowadzano remont, a jego codzienność była lekko szalona. Navorski jest strasznie poczciwy i przestrzega zasad, co nie do końca pasuje Dixonowi. Wkurza go ten włóczęga i postanawia zrobić z nim porządek. To likwiduje mu dostęp do kasy za wózki, to podpuszcza go do opuszczenia lotniska, w końcu zamyka go w celi. Nasz bohater się jednak nie poddaje. Pomaga wszystkim wokoło, bo karma odpłaca. Oczywiście w pewnym momencie pojawia się piękna kobieta, która niestety nie wie, czego chce od życia. Jej stosunki z mężczyznami są dziwne, a Viktor wydaje się być wspaniałym facetem, tyle, że ona chyba nie do końca chce się wiązać.
„Terminal” to dzieło Spielberga, o którym zupełnie zapomniałem. To strasznie ciepły film o uczuciach i wzajemnych relacjach, o tym, że to co dajesz – wraca do Ciebie na wiele sposobów. Dla mnie film warty uwagi i poświęcenia mu dwóch godzin życia.
