ONA:
Moim pierwszym filmem, który zobaczyłam na dużym ekranie, był „Król lew”. Bardzo to przeżyłam. Zakochałam się w tej magii od razu, ale jako dziecko niezbyt często chodziłam do kina. Mieszkam na małej wsi, do najbliższego kina miałam dość daleko, ale nadrabiałam wszystko przy pomocy wypożyczalni VHSów. Z czasem jednak zrozumiałam, że pewne filmy trzeba obejrzeć na dużym ekranie, z odpowiednim dźwiękiem i atmosferą. Dziś żałuję, że nie było mi dane tak zobaczyć „Gwiezdnych wojen”, „Mad Maxa”, czy „Jurassic Parku”. Na szczęście ten rok dla takich osób jak ja – jest wyjątkowy. I dziś, jeszcze mając 28 lat, mogłam obejrzeć dinozaury tak, jak wypada. I wiecie co? Jeszcze „Star Wars” i mogę umierać spełniona!
Od ostatnich wydarzeń w Parku Jurajskim minęły ponad dwie dekady. Mimo błędów swoich poprzedników, nowa ekipa zupełnie nie wyciąga wniosków. Dalej liczy się spektakularność – ma być strach, ma być przerażenie, ma być zachwyt. A że apetyt rośnie w miarę jedzenia, to naukowcy zaczęli grzebać w kodach genetycznych gadów trochę bardziej. No cóż, widzowie są już przyzwyczajeni do dotychczasowych atrakcji. Tu trzeba czegoś nowego! Czegoś co sprawi, że nogawki spodni wypełnią się minimum jedną wydzieliną ciała! I bez dwóch zdań – udaje się to. Tym razem potwór będzie dużo większy, silniejszy i inteligentniejszy, niż stary, dobry T-REX.
Czas poznać bohaterów. Wątek „dziecięcy” obsadzony jest przez braci: starszego, typowego nastolatka – Zacha i młodego, zakochanego w dinozaurach Gray’a. Przyjeżdżają oni w odwiedziny do ciotki – Claire, która w Parku jest szychą. Nienagannie ubrana, w wysokich szpilkach – nawet jej włosy zdają się nie wymykać spod kontroli. Zarządza tym parkiem rozrywki jak nikt. Mocno wspiera ją w tym Simon – dyrektor oraz jej ekipa, z nerdowatym Lowery’m na czele. Jest też Owen (Chris Pratt), który ma wyjątkowy dar – potrafi „zaklinać” raptory. One wprost jedzą mu z ręki. Jest ich alfą. Ale oczywiście mamy tu też dwa ciemne charaktery: naukowca, który tworząc indomiusa rexa wybrał najlepszą mieszankę genów. Wyszedł mu perfekcyjnie. Szkoda tylko, że cwany gad spierdzielił z wybiegu, pożerając przy okazji kilka istnień… Drugim „gamoniem” jest Vic, któremu z kolei marzy się, by zrobić z dinozaurów maszyny wojenne. Naturalnie – do zabijania.
Dla mnie oglądanie tego filmu było spełnieniem jednego z marzeń. Oglądanie całego parku na dużym ekranie to gigantyczna przyjemność. To, czego ta historia potrzebowała, to spektakularność. I ona jest. Jest w każdym kadrze, każdym ujęciu, w pomysłach, w realizacji. Postęp technologii filmowej sprawił, że to wszystko wygląda skrajnie naturalnie. No i genialnym posunięciem było powierzenie Prattowi głównej roli. Może trochę przesadzam (ale tylko trochę!), ale dla mnie coraz bardziej jest on współczesnym Harrisonem Fordem. To, jakie filmy wybiera i jak fajnie gra sprawia, że chce się go oglądać więcej i więcej.
Jestem zachwycona. Nie, to za małe słowo. Jestem TOTALNIE ZACHWYCONA! To kawał świetnie zrealizowanego filmu i co ważne – z szacunkiem do poprzednich części. Chcę więcej!
ON:
Na premierę „Jurassic World” czekałem z niecierpliwością. Już kilka dni temu zarezerwowaliśmy miejsca na dzisiejszy seans. O 12:40 mieliśmy zacząć wędrówkę z dinozaurami. No dobra, zaczęliśmy o 13 z minutami, z racji tego, że bloczek reklamowy, zafunfowany przed filmem, był dość „hojnie” napakowany spotami. No ale mówi się trudno. Nareszcie się zaczęło.
Nie powiem o samym filmie złego słowa. Spielberg pokazał, że producentem jest świetnym, a mało znany reżyser Colin Trevorrow – że z dinozaurami można współpracować. Dostajemy dzięki temu dwie godziny kina, będącego hołdem dla opowieści z 1993 roku. To naprawdę wyjątkowa opowieść, którą docenią osoby takie jak ja lub Paulina.
Idąc do kina bardzo dobrze wiemy co będzie działo się na ekranie. Przecież to już było grane dokładnie trzy razy i za każdym razem właściciele wyspy pełnej dinozaurów nie wyciągnęli odpowiednich wniosków z poprzednich historii. To trochę jak z korporacją Waylend Yutani z serii „Alien”. Od wydarzeń znanych z „Parku Jurajskiego” minęły 22 lata. Isla Nublar została przeistoczona w prężnie działający ośrodek z ogromną ilością dinozaurów, które stały się główną atrakcją tego obiektu. Głównodowodzącą tym ośrodkiem jest Claire Dearing, która to charakter ma tak samo ognisty, jak swoje włosy. To typ suczy, która przesiąknięta jest korporacją do szpiku kości. Nawet gdy w odwiedziny przyjeżdżają jej siostrzeńcy, których nie widziała od 7 lat, to nie znajduje dla nich ani chwili czasu, bowiem praca i budżety są ważniejsze. No właśnie. Wszystko kręci się wokół kasy. Co jakiś czas w parku musi pojawić się nowa atrakcja, która przekona widzów do wizyt, co znacznie podniesie przychód. Tym razem ma być to nowy, zmodyfikowany genetycznie gatunek dinozaura. Wszystko ładnie i pięknie, tyle że nowy nabytek to kawał cholernie inteligentnej i niesamowicie drapieżnej hybrydy, która jest chodzącą maszyną do zabijania. Wydaje się, że nowy dinozaur przyniesie miliony zysków, ale jak wiadomo – matka natura nie lubi konkurencji, szczególnie wtedy, gdy człowiek bawi się w stwórcę. Oczywiście, gdy już wszystko trafi szlag i nie będzie szansy na ratunek, musi pojawić się największy badass na tej wyspie, czyli Owen Grady, były żołnierz i treser raptorów.
Te 22 lata nie zmieniło nic. Schemat, jaki zaserwowali nam twórcy, jest identyczny jak wtedy, w czasach mojej młodości. Jest jeden twardziel, są czarne charaktery, jest zły dinozaur, dziewczyna do ocalenia i dzieciaki do uratowania itd.
„Jurassic World” jest ładny, przepełniony efektami, ma chwilę trzymające w napięciu i cały czas nie spowalnia swojego tempa. To świetny wakacyjny film, który z racji efektów warto zobaczyć w kinie. Jeśli tak jak ja pamiętacie opowieść z 1993 roku i kochacie takie filmy, to powinniście iść do kina.
PS. Zwracajcie uwagę na drobiazgi, bowiem wiele tutaj odniesień do tamtej historii.
