ONA:
Powiem tak: jeśli chodzi o moje ulubione bajki, to rządzą „Jak ukraść księżyc” z bandą niedorozwiniętych Minionków oraz wszystkie części „Aut” i „Madagaskaru”. Na tych animacjach bawiłam się wybitnie dobrze, bo są stworzone tak, że i dzieci, i dorośli zalewają się łzami ze śmiechu. Po drodze było jeszcze kilka fajnych produkcji, ale to właśnie ten zestaw jest moim najnajnaj. Dziś rozpracowaliśmy „Hotel Transylwania”, który był niestety – słaby.
Wampirze historie nie nudzą się w kinematografii zupełnie i są w niej odkąd człowiek przestał bać się ruchomego obrazu, wyświetlanego w pierwszych „kinach”. Był „Nosferatu”, który należy do klasyki od ponad 9 dekad, był „Wywiad z wampirem”, „Blade”, czy nawet „30 dni mroku”, który przełamywał współczesny stereotyp o tym, że wysysacz krwi musi być ładniutki. A skoro już mowa o „ładniutkich”, to nie ma opcji, żeby nie wspomnieć o Edwardzie ze sagi „Zmierzch”, przez którego wampiryzm stał się obsesją kolejnych rzeszy nastolatek, które pragnęły by błyszczący koleś w typie Jamesa Dean’a zatopił w ich skórze ząbki. Twórcy „Draculi” czy „Cienia wampira” przewracają się w grobach. Wampiryzm w różnych formach na stałe zagościł w kulturze, przede wszystkim w filmie i literaturze, i nawet dopadł samego Abrahama Lincolna. Jeśli kiedyś tego typu produkcje były kierowane wyłącznie do dorosłego widza, który autentycznie się bał, oglądając np. ponętną Salmę Hayek w „Od zmierzchu do świtu”, która najpierw tańczyła z wężem, by potem zmienić się w prawdziwą, ohydną bestię. Teraz jeśli w temacie książki/filmu jest wampir, to mamy 99% pewność, że targetem będą gimnazjalistki i licealistki, a po bestiach pozostaje jedynie smak tofu i trochę brokatu. Twórcy „Hotelu Transylwania” idą wiekowo jeszcze niżej, bo to naiwna bajka dla takich już totalnie młodych nastolatek. A o co chodzi? Ano o miłość, taką, której wcale nie powinno być.
Mamy końcówkę XIX wieku i od razu poznajemy głównych bohaterów: hrabiego Dracula oraz jego maleńką córeczkę Mavis. Nigdzie nie ma mamy i podejrzewamy co się stało, ale żeby poznać całą historię, musimy poczekać dosyć długo. Troskliwy ojciec jest czuły i opiekuńczy i uczy ją „wampirskiego” życia, jednocześnie bardzo demonizując obraz ludzi, jako – paradoksalnie – żądnych krwi potworów, które niszczą szczęście. Buduje dla ochrony swojej ukochanej córeczki wielki zamek, w którym znajdują schronienie inne dziwolągi: cała rodzina wilkołaków, piaskowe ludki, nawet Frankenstein i wiele innych Wszystko byłoby idealne gdyby nie to, że mała Mavis rośnie i dojrzewa i coraz bardziej doskwiera jej samotność „w swojej grupie wiekowej”. Błaga ojca, by pozwolił jej ruszyć w świat, a ten tworzy całą maskaradę, by pokazać swojemu owocowi, że świat zza murów zamczyska jest zły. Udaje się mu. I wtedy, do tej odosobnionej posiadłości, do której nikt „zwykły i przeciętny” nie ma szans, żeby się dostać, wpada Jonathan – typowy nastolatek z ADHD, którego głowa tryska od dzikich pomysłów i który lubi przygody. Pierwsze spotkanie nastolatków skutkuje totalnym zauroczeniem, którego nie umie znieść szanowny ojciec. Postanawia za wszelką cenę pozbyć się człowieka ze swojej posiadłości, ale jest to bardzo trudne, bo gówniarz nie dosyć, że jest uciążliwy, głośny, to jeszcze zyskuje sympatię całej bandy innych „potworów”, nie wspominając już o czarnowłosej dziewczynie z przerostem kłów.
Nie powiem, uśmiałam się w kilku miejscach, szczególnie, gdy pojawiała się wilcza wielodzietna rodzina. A poza tym jest bardzo przeciętnie i momentami nudno. Całość nie jest podana w sposób przepiękny, ze świetnym dopracowaniem detali, ale na Teutatesa, to wyznacznik czasów, a nie poziomu ohu-ahu artystycznego. Humor, zawarty w tej historii, jest pierdząco-krzyczący, a fabuła dobija tym, że ciągnie się jak guma w gaciach. Na szczęście, mam na ajfonie genialną grę „Dumb Ways”, dzięki której jestem w stanie przeżyć wszędzie, gdzie wieje sandałem. „Hotel Transylwania” to pozycja wyłącznie dla dzieci, tudzież dla rodziców z dziećmi, bo mimo, że jest kilka scen, które powinny połechtać dorosłego, jest tak sobie. Wolę gdy Marty z „Madagaskaru” śpiewa „Afro w cyrku”.
ON:
Każdy, ale to każdy, kto kochał jedyne i prawdziwe Cartoon Network na pewno zna nazwisko Tartakovsky. Ten facet dał nam “Atomówki” oraz genialnego wręcz “Samujara Jacka”, no i nie możemy zapomnieć o „Star Wars: Clone Wars”. Tym bardziej byłem zaskoczony, gdy po seansie „Hotelu Transylwania” zobaczyłem jego nazwisko. Jak mógł dać nam tak nudną historyjkę?
No ale niestety, nawet najlepszy reżyser nie urodzi cudownego dziecka, kiedy scenarzyści są po prostu do dupy. Bajki dla dzieciaków mają to do siebie, że podczas seansu i dzieci, i rodzice się śmieją. Dla mnie niedoścignionym pod tym względem było „Jak ukraść księżyc” czy „Iniemamocni”. W przypadku “Hotelu” brak właśnie tego “czegoś”. Film ten dla małych dzieciaków może być nie do końca zrozumiały, a rodzice po za kilkoma scenami, nie uśmiechną się ani razu. Mogę zaryzykować stwierdzenie, że będą ziewać. Mamy tutaj historię o dorastaniu, która w różnych wersjach pojawiała się w wielu innych dziełach. Ojciec – Hrabia Dracula, jest wspaniałym i przykładnym tatą. Samotnie wychowuje swoją córkę Mavis. Dziewczę rośnie jak na drożdżach, a w tym czasie tatuńcio zajmuje się budową tytułowego “Hotelu”. To miejsce, gdzie potwory będą mogły spokojnie spędzać swoje wakacje, z dala od ludzkiego elementu. Dracula nienawidzi ludzi, obwinia ich (i słusznie) za śmierć swojej ukochanej. Dlatego buduje miejsce, w którym każdy potwór będzie się czuł jak w domu. Wielkie zamczysko jest otoczone nawiedzonym lasem i cmentarzem pełnym nieumarłych. Rok w rok przyjazd wszystkich „pensjonariuszy” połączony jest z urodzinami córuchny, oczka w głowie władcy wampirów. Tego roku jest jednak wyjątkowa rocznica, Mavis kończy bowiem 118lat, czyli osiąga taką wampirzą pełnoletność. Ojciec nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, że jego córka dorasta i marzy o innych rzeczach niż on. Młoda panna chce zwiedzać świat, zobaczyć jak jest na zewnątrz, wśród ludzi. Tatuśkowi się to wcale nie podoba, stara się trzymać ją pod kloszem i chronić przez ludźmi. Traf chce, że do zamku trafia młody, 21-letni turysta, niejaki Jonathan. Chłopak złaził już z pół świata, jest wesoły i rozrywkowy, ale nic co do tej pory widział nie przygotowało go na zdarzenia, jakie będą miały miejsce w zamczysku.
Pomysł był bardzo fajny, ale jego rozwinięcie pozostawia dużo do życzenia. Poza opisanymi wcześniej postaciami pojawiają się jeszcze inne znane nam potwory, ale w żaden sensowny sposób nie wykorzystano ich w tejże historii. Jest prześmieszne małżeństwo wilkołaków, ze śmiechawym ojcem wilkołakiem, pojawia się Frankenstein, mumia i niewidzialny człowiek, ale każdego jest za mało. Wszystko kręci się wokoło problemów rodzicielskich hrabiego. Szkoda. Jeśli tak jak my łykacie wszystko to, co jest animowane i może podobać się dorosłym, to i tak pewnie zobaczycie „Hotel Transylwania”, tylko czy nie szkoda wam na to czasu? No właśnie. W ciągu 90 minut możecie zrobić wiele innych pożyteczniejszych rzeczy.
