ON:
„Zawsze byli głodni, teraz głód przynosił śmierć. Gdy do jaskini wpełzł pierwszy słaby promień świtu, Strażnik Księżyca zauważył, że jego ojciec umarł w nocy. Nie zdawał sobie sprawy, że Starzec był jego ojcem. Związki rodzinne były całkowicie poza możliwościami jego pojmowania. Lecz gdy spojrzał na wyniszczone ciało, poczuł niejasny niepokój, zapowiedź smutku.” – Clarke Arthur C. „2001 Odyseja Kosmiczna”.
Są filmy, książki oraz płyty, które po prostu trzeba znać. Zaliczam do nich klasykę w postaci „Zbrodni i Kary”, „Mistrza i Małgorzaty”, a także płytę „Graceland” Paula Simona. W tym worku jest też „The Wall” Floydów, „Karmazynowy Król” od King Crimson i wiele innych tytułów. Takim klasykiem jest też „Odyseja Kosmiczna”. To dzieło bardzo trudne w odbiorze, ocenie i interpretacji. Chyba aby potraktować je jako całość należy przeczytać książkę Arthura C. Clarke’a, a następnie obejrzeć film w reżyserii Stanleya Kubricka. Ale obiecuję Wam, że nawet wtedy będziecie mieć pustkę w głowie i masę wątpliwości.
Premiera filmu miała miejsce w 1968 roku. Na ten okres datuje się także książkę Clarke’a, chociaż jej core powstał wiele lat wcześniej. Nad oba dziełami Kubrick i Clarke pracowali wspólnie, chociaż pod książką ostatecznie podpisał się sam Arthur.
Opowieść ta dzieli się na trzy etapy, trzy powiązane ze sobą części. Elementem wspólnym każdej z nich jest czarny, nieprzenikniony monolit pochodzenia pozaziemskiego. Pojawia się on po raz pierwszy na Ziemi 4 miliony lat przed naszą erą. To on jest czynnikiem napędzającym naszych praprzodków do wynalezienia narzędzi i to także on powoduje, że humanoidalne małpy po raz pierwszy smakują surowego mięsa i dowiadują się czym jest zabójstwo. Clarke w swojej książce sugeruje, że był on instrumentem, który wzbudził w człekokształtnych inteligencję. Po tej sekwencji następuje bardzo znana seria zdjęć, przedstawiających stację kosmiczną wirującą w przestrzeni, a wszystko to w akompaniamencie „Nad pięknym, modrym Dunajem”. Nie można też zapomnieć o otwierającym film Also Sprach Zarathustra, który ma być muzyczną ilustracją do „wschodu”, czyli narodzin człowieka.
Po długiej sekwencji pięknych zdjęć i ujęć, które są swoistą wizytówką tego dzieła, następuje kolejna część filmu. Tym razem opowiada ona o wyprawie na Księżyc, gdzie znaleziono zakopany pod powierzchnią czarny monolit, identyczny jak ten, który po raz pierwszy zobaczyły na własne oczy człekokształtne stworzenia poruszające się po Ziemi. Część ta to przede wszystkim wiele rozmów, które przeprowadzane są na pokładzie promu oraz w bazie. Tutaj tak naprawdę nastąpił popis niesamowitych efektów, za które film otrzymał złotą statuetkę od Akademii.
Trzecia część to opowieść o misji mającej miejsce 18 miesięcy później, po wydarzeniach na księżycu. Statek kosmiczny Discovery One podąża w kierunku Jupitera. Na jego pokładzie znajduje się dwójka astronautów/techników: David Bowman oraz Frank Poole. Poza nimi na w stanie hibernacji znajduje się trójka naukowców. Całość ma pod swoją pieczą niezawodny komputer HAL 9000. Niestety, misja nie przebiega zgodni z planem, a wydarzenia mające podczas niej miejsce będą podwaliną pod to co, zobaczymy i przeczytamy w „2010: Odysei Kosmicznej”.
Dzieło Kubricka kończy sekwencja przejścia przez międzywymiarowy portal, wrota, które prowadzą Bowmana do innego miejsca, a jego samego do…
Kubrick wraz Clarke’m stworzyli dzieło, a może powinienem powiedzieć dzieła niesamowite. Ich plastyczność, możliwość interpretacji na wielu płaszczyznach, oraz przekaz doprowadziły do tego, iż stały się kultowe. Jak wy na nie popatrzycie, jak je odbierzecie, zależy tylko od Was. Ostrzegam to kino ciężkie.
ONA:
– Mam dość komedii! I akcji! I sci-fi! Obejrzyjmy jakiś dramat! Coś ambitniejszego! Coś bez pierdzenia i przeklinania, i bez pościgów i mordobicia! Przestaną nas odwiedzać, bo każdemu może się znudzić czytanie non stop o jednym gatunku! – wywrzeszczałam. – Wiesz, właściwie jest taki film, który moglibyśmy obejrzeć, bo dawno go nie widziałem, a Ty pewnie wcale – odpowiedział. – Ok, deal.
I dostałam. „2001: Odyseja kosmiczna”.
Nie zrozumiałam z tego filmu zbyt wiele. Inaczej – wyłapałam te wszystkie metafory, symbole, te różne spojrzenia na człowieka, od chwili, gdy należał do człekokształtnych, aż do momentu, gdy podbijał kosmos. Wiem, że zarówno małpy, jak i komputer ze świadomością mają tu dość istotne znaczenie. Tylko wynudziłam się jak mops. Kadrami, pomysłem i całą filozofią mogłam zachwycać się przez pierwszą godzinę. W drugiej zastanawiałam się na jaki kolor przemalować ściany, czemu mówi się „kipi kasza, kipi groch”, nie wspominając już, że przypominałam sobie wszystkie możliwe piosenki i wierszyki z przedszkola, a to było naprawdę trudne, bo skończyłam ten etap edukacji ponad 20 lat temu.
Nie chcę pojechać po tym filmie, bo wiem, że jest on ważny dla kinematografii. Poza tym, pod koniec lat 60., kiedy to był kręcony, nie było technologii, sprzętu i umiejętności, które są teraz, i które sprawiają, że filmy o takiej tematyce poza ważnym – mniej lub bardziej – przesłaniem, są po prostu majestatyczne i zachwycają tym, jak wyglądają. W tym wypadku wszystko było „studyjne”, co niestety bardzo widać. Na planie „Obcego” i pierwszych „Gwiezdnych wojen” za te kilka lat poradzą sobie z tym tematem dużo lepiej i bardziej autentycznie. I właśnie jedynie patrząc z perspektywy czasu mam i będę mieć ogromny szacunek dla Kubricka za ten film. W 1968 roku w Polsce rządził Gomułka, a na świecie przeprowadzono dopiero drugi przeszczep serca. W Wietnamie trwała wojna, a festiwal Woodstock odbył się dopiero rok później! Sharon Tate ciągle żyła, a Johnny Cash koncertował. Ba! Fantastyczna czwórka z Liverpoolu również! I właśnie wtedy 40-letni wówczas Kubrick wypuścił film, który nawet po latach stanie się jego wizytówką, obok takich pozycji jak „Mechaniczna pomarańcza”, „Lśnienie” czy „Oczy szeroko zamknięte”. A jednak – mimo tych wszystkich zalet, mimo genialnych zdjęć i ujęć, świetnej oprawy muzycznej i filozoficznemu kontekstowi – mnie to dzieło wynudziło do granic przyzwoitości. Obejrzałam go najpewniej za późno, mając za sobą inne produkcje, które z człowieczeństwem rozprawiają się w lżejszy, a już na pewno odmienny sposób.
Zawsze mi szalenie głupio, gdy przychodzi rozprawić się z dziełem, które należy do kanonu, które każdy powinien znać, lubić, zachwycać się. Mi to nie zawsze wychodzi. Doceniam, szanuję, ale „Odysei kosmicznej” nie pokocham.
